Reklama
  • Poniedziałek, 6 marca (13:05)

    Dominika Kluźniak: Przede wszystkim jestem mamą

Konsekwentna i skromna, choć bardzo utalentowana. Cieszą ją sukcesy zawodowe, ale podkreśla, że prawdziwym życiowym wyzwaniem jest dla niej macierzyństwo.

Nieczęsto gości na okładkach pism, choć jej kariera świetnie się rozwija. Reżyser Andrzej Saramonowicz tak wysoko ceni jej talent komediowy, że okrzyknął ją następczynią Ireny Kwiatkowskiej. Aktorka Dominika Kluźniak rumieni się na takie słowa. I chociaż kocha swoją pracę, od chwili, gdy urodziła pierwsze dziecko, wie, że to nie ona jest w życiu najważniejsza.

Mieszka i pracuje w Warszawie, ale pochodzi z Wrocławia. Dorastała w pięknym miejscu, blisko Starego Rynku, w domu pełnym książek i płyt. Jej tata był przez wiele lat dziennikarzem, w stanie wojennym spędził rok w więzieniu za rozrzucanie ulotek.

Reklama

Dziś pracuje w urzędzie miasta, a mama w akademii stomatologicznej. Oboje rodzice, choć nie wykonywali zawodów artystycznych, kochali muzykę i literaturę i tą miłością zarażali córkę i syna. W domu było pianino, na którym mała Dominika grała codziennie. Przez dwanaście lat uczyła się w szkole muzycznej.

– Nie byłam osobą towarzyską, dzieckiem podwórka – wspomina. Czytała poważne książki, chodziła na koncerty. Rodzice starali się kształtować gusty swoich dzieci, ale jednocześnie niczego im nie zakazywali – zdarzało się, że we czwórkę słuchali modnego wówczas hip-hopu. Do dziś Dominika liczy się z ich zdaniem. Tata pierwszy odkrył jej talent komediowy.

– Po jakiejś premierze w teatrze zauważył, że to, co robię, naprawdę cieszy ludzi – opowiada. Bardzo przeżywa, gdy rodzice mogą przyjechać z Wrocławia na jej występ. – Jak ja się przejmuję, gdy oni są na widowni! – opowiada.

Rok przed maturą postanowiła, że zostanie aktorką

A wszystko przez pismo „Film”, gdzie na ostatniej stronie zamieszczano adresy fanklubów sławnych aktorów. – Może ten wielki świat jest mniejszy, niż mi się wydaje? – pomyślała pewnego dnia. Miała za sobą szkołę muzyczną, grała na pianinie, w liceum była w klasie dyrygentury.

− Czułam, że między zawodem aktora i muzyka nie ma wielkiej przepaści, bo oba przecież wiążą się z przenoszeniem emocji – wspomina. I choć zamierzała iść na dyrygenturę do wrocławskiej Akademii Muzycznej, wcześniej zdała egzaminy do szkoły teatralnej w Warszawie. Pracowała nad akcentem, bo już w szkole muzycznej profesorowie zwrócili uwagę, że trochę zaciąga. Przyczyną są lwowskie korzenie jej taty. Choć była dorosła, miała dziecinną twarz. Mogła z powodzeniem grać w przedstawieniach dla dzieci. Rola Pippi Langstrumpf, którą przez dziewięć lat odtwarzała na scenie, odmieniła jej życie.

– Pippi niczego się nie boi. Jej zachowanie to strumień pozytywnej energii − podsumowuje aktorka. Dzięki rudowłosej dziewczynce poczuła się wolna, pełna wyobraźni i bardziej odważna na co dzień. Choć były momenty, gdy życie jej nie pieściło. Przez 12 lat była w szczęśliwym związku z aktorem Bartoszem Głogowskim. Choć ślubu nie wzięli, mówiła o nim „mój mąż”.

Mają ukochaną córkę Julcię

Jednak na planie serialu „Plebania” jej partner poznał piosenkarkę Natalię Lesz. Bogata, wysportowana dziewczyna zawróciła mu w głowie. Postanowił odejść od Dominiki. – Gdy dowiadujesz się, że twój facet zakochuje się w innej, jesteś zraniona. Do głosu dochodzi rozpacz, że go już nie ma, urażona ambicja: „Z nią? Przecież jestem lepsza!” − opowiedziała o tych trudnych momentach. Pomogła jej psychoterapia.

− Był czas porządnego wkurzenia na niego, na nią, na siebie. Aż w końcu przyszło opamiętanie. Któregoś dnia obudziłam się ze spokojem w sercu. Już nie tęskniłam za nim – wyznała. Rany powoli się zabliźniły, wtedy otworzyła się na nową miłość. Kolega z Teatru Narodowego, aktor Karol Pocheć, najpierw zdobył przyjaźń, a potem podbił serce aktorki. U jego boku znalazła poczucie bezpieczeństwa, a z ojcem Julki jest dziś w poprawnych relacjach. Z Karolem wychowują już nie tylko Julię, ale też wspólną młodszą pociechę Zuzannę. Dbają przede wszystkim o to, by dziewczynki wyrosły na samodzielnie myślące osoby. Dominika stara się powściągnąć zaborczość, która, jak przyznaje, jest jej negatywną cechą. − Jeśli na przykład córka mówi, że dobrze jej u dziadków, to ja w pierwszym odruchu, przez pół sekundy, czuję ściśnięcie w sercu. Dopiero za chwilę umiem powiedzieć sobie: „Moje dziecko jest szczęśliwe, o to mi przecież chodzi!” − zdradza.

Dla córek nauczyła się też nie przenosić emocji z planu flmowego czy teatru do domu. Julka ma 9 lat, Zuzia właśnie zaczyna składać pierwsze zdania. Mama czeka, aż dziewczynki podrosną, by lepiej poznać rodzinne korzenie. – Kiedy zaczną pytać, zajmę się tym poważniej – obiecuje. Zbiera zdjęcia, rysunki, okruchy dzieciństwa córeczek – tak jak robiła to jej mama. Zachowała nawet jej pierwsze ścięte włosy, listy – czułe pamiątki miłości.

Grzegorz Szymański

Dobry Tydzień

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.